piątek, 23 sierpnia 2019

Skaranie boskie z tym młodym

No i Żulianek się mnie pyta "Tatoooo, a co to takiego, o tu", a ja mu na to "Piweczko, synku". No a on się znowu pyta "Tatoooo, nie piweczko, to na piweczku". No i ja mu mówię "Eky... Eki... Ekitietka synku".


No i on się tak niecierpliwi i pyta "Tatoooo, ale nie, to takie krągłe, na tej pani na ekitiecce?". No i tak patrzę, patrzę, bo oczko mam jedno kaprawe, i nagle zauważam! "A to synek, faktycznie! Trzeba tak od razuuu było, to mucha jej pod okiem narobiła".

środa, 26 września 2018

Roman tyzm

Ostatnio dużo słyszałem o romantyźmie. Szczególnie na MangoTV po 22:00 takie panie dużo mówią o romantycznych przygodach (kolega mi powiedział!). Postanowiłem więc sprawdzić o co w tym chodzi.

Pomyślałem sobie przy winku, że o sprawy romantyczne najlepiej zapytać Romana, kumpla spod Biedronki. Nabyłem więc wiśniowy specjał z dolnej półki (bo mam za krótkie łapki!) i wkupiłem się w łaski eksperta. Na początku nie chciał mi nic powiedzieć, ale owocowy aromat uderzył mu do głowy i rozwiązał trochę język. I zaczął snuć mi piękną opowieść, i mówił, mówił, mówił tak pięknie... Tylko kurde nic przez ten specjał nie pamiętam.

No i wróciłem do domu, skubnąłem po drodze kwiatek z trawnika, skołowałem wazon (to wcale nie solniczka!) i dałem Żuliance.


A jak zapytała co ode mnie tak zajeżdża winkiem to powiedziałem że to od wody z kwiatków.

Swoją drogą następnym razem nie będę nalewał jej z kibelka.

sobota, 18 lutego 2017

Spotkałem Książniczkę!

Każde dziecko wie, że smoki nie istnieją, a rodzice wymyślili je tylko po to, żeby bały się same wychodzić z domu. Ale ostatnio to chyba wszyscy Ci dorośli powariowali! Duży smog, wielki smog, dużo smogu... nie dość, że uwierzyli w smoka, którego sami sobie wymyślili, to jeszcze ciągle robią błędy ortograficzne.

Ale zaciekawili mnie tymi swoimi bajkami, więc postanowiłem sprawdzić sam. Poszedłem do najbliżej stacji pomiaru smoka i dłuuugo wypatrywałem. Zamiast jakichś smoków zobaczyłem uśmiechniętą żabkę, którą na wszelki wypadek zabrałem ze stacji, gdyby smok się pojawił.


Pocałuję ją w serduszko i może zamieni się w Książniczkę! :) Wtedy powiem, że ją ocaliłem i będę jej bohaterem.

wtorek, 3 stycznia 2017

Ruda czarownica

Fe!
Przypomniałem sobie dzisiaj straszną historię. O strasznej czarownicy, i w dodatku – strasznie rudej. Rude miała nie tylko włosy, ale w środku też taka była, no wiecie – taka zepsuta, jakby zardzewiała, ruda. Ale koniec tego gadania, otwórzcie sobie piwko i czytajcie dalej.

Kiedy płynąłem statkiem z Chin, to ani w głowie mi było trafić do polskiego Empiku. Chciałem do Niemiec, gdzie piwko pije się pod chmurką (i nie można dostać za to madnatu), i gdzie się zarabia prawdziwą ełropejską walutę. Ale kiedy dobiliśmy statkiem do brzegu, zdarzyło się coś, co sprawiło, że zmieniłem zdanie.

Na brzegu siedział taki jeden Hans i miał w ręku bardzo gustowną reklamówkę. Pomyślałem, że swój człowiek, ja też sobie z taką chadzam, podejdę, zagadam, poopowiada mi jak tutaj w Niemczech się kombinuje. I wiecie co? Usłyszałem straszną historię, która nie pozwoliła mi tam zostać (a potem był już tylko ostatni przystanek w Polsce).

Siostra Hansa, Greta, bardzo lubiła się malować, kiedy była małą dziewczynką. Dzieci nie dostawały wtedy dużego kieszonkowego, więc kupowała najtańsze szminki, brokaty, purdy, no i takie tam inne (ja to bym sobie czipsy kupił, też chemia, a jaka dobra!) Greta mogła sobie kupić tylko jeden kosmetyk na miesiąc. Pewnego dnia zabrała sprzed nosa szminkę takiej szalonej babie…

Ninę znało całe miasto. Bardzo lubiła robić zdjęcia w sklepach, wymachiwać rękami, kupować kosmetyki, no i przede wszystkim o nich mówić. Miała też fijoła na punkcie zdrowego jedzenia, ale o tym mówiła rzadziej. Kiedy ktoś zrobił coś nie po jej myśli, od razu robiła się czerwona jak burak.

No właśnie. I kiedy Greta zabrała jej szminkę sprzed nosa, kobieta zamieniła się w czarownicę i zabrała dziewczynkę do lasu.

Hans poszedł szukać siostry. Nie było no trudne, bo czarownica wdepnęła w wielką kupę i jej ślady  były dość wyraźne. Zaprowadziły go do marmurowego domku, do którego zapraszał wielki, drewniany napis: Nina Vita! Przed okno zobaczył, że domek był wewnątrz drewniany, a wszystkie sprzęty są takie eeee naturalne. Była też wielka drewniana klatka!

Hans po cichu wszedł do domku i wtedy zobaczył, że ruda czarownica karmi dziewczynkę kalarepą, białą rzepą i że nie daje jej glutenu. W dodatku zafarbowała jej włosy na rudo. Tego było już za wiele, musiał ratować siostrę. Dosypał do gara z zupą trochę glutenu, pomieszał wszystkie kremy jakie miała i poszedł po Gretę. Niestety zła kobieta w tym momencie go przyłapała i zamknęła w drewnianej klatce.

Makijaż czarownicy miał już te 45 minut i zaczął odpadać, więc poszła go zmienić.  Kiedy czarownica posmarowała twarz mieszanką kremów Hansa, zrobiła się czerwona jak burak, a koloru tego nie dało się zmyć. Już, już chciała go ukarać, ale zaburczało jej w brzuchu, więc podeszła do gara z zupą i zjadła łyżkę zupy z glutenem. Potem czym prędzej wybiegła do toalety. Wtedy Greta znalazła piłę, którą przepiłowała klatkę Hansa i razem uciekli na miotle.

Odkąd czarownica przypomina buraka, uciekła z okolicy i wraca tylko w czasie największych promocji. Wtedy sklepy zaopatrują się w dużo towaru, tak aby nikt nie wykupił jej ostatnich sztuk kosmetyków. Od wielu lat nikogo nie porwała, ale mamy nadal straszą swoje za wcześnie malujące się córki czarownicą.

Historia Hansa kazała mi płynąć dalej. Lubię włóczyć się po nocach i oglądać hotstessy na promocjach... I jak kiedyś wykupię jej ostatnie piwko (przecież skoro lubi zdrowe rzeczy, to musi je pić), to… to… zamknie mnie w klatce i będzie kazała jeść pietruszkę, fu! 

sobota, 20 sierpnia 2016

Stworzenie świata wg Żuliana

No więc dawno dawno temu był sobie sklep monopolowy "Raj", w którym głównymi klientami byli Adam i Ewa. Z racji, że kupili tam już mnóstwo towaru - mieli kartę stałego klienta, która dawała dostęp do fajnych promocji na winko. Sklepikarz jednak przestrzegł parę, żeby nie brała wina z tej najdolniejszej półki. Bo to pospolite jabłko.


Pewnego dnia Adam posłał Ewę po trochę zaopatrzenia na sobotę. Ewa stała smętnie przed najdolniejszą półką i wpatrywała się w zakazane wino. A że miała węża w kieszeni – powzięła poważną decyzję o spróbowaniu "Jabłka". No i sielanka się skończyła. Nadszedł wielki gniew Wątroby, która miotała błyskawice i resztki jedzenia gdzie tylko popadło. Żołądek Ewy wywrócił się na drugą stronę. A że poczęstowała Adama - obije cierpieli niewypowiedziane katusze.

Na następny dzień "Raj" został zamknięty przez Sanepid. Adam i Ewa snuli odtąd marny żywot w ciężkim i nieprzyjaznym świecie.

Morał? Gdy kobieta częstuje Cię jabolkiem grzecznie odpowiedz, że stać Cię chociaż na Kadarkę.

piątek, 12 sierpnia 2016

QuiTania z najdolniejszej półki

Byłem kiedyś za zakupach, no i oglądałem sobie winka, i piwka, i wódeczki... każdy trunek z każdej strony. Tutaj Chateł, tam Carbonara, obok Dżim i Dżony, półkę niżej Alzas, Tukaj i Champań, dalej browarki, Wyborna, Soplis... czułem się jak w njebie. Trochę się bałem, bo te półki takie delitakne były, a mój zadek lekki nie jest (a przecież codziennie chodzę do sauny i oglądam panienki), ale ciekawość wzięła górę nad rozumem.

Takie wielkie jebudu było, że uciekłem co sił i od tej pory biorę to, co stoi na najdolniejszych półkach (chyba że komuś z koszyka uda mi się jakiegoś Chateła złowić).

Ostatnio szarpnąłem się na luksusy - wziąłem najdroższe! Najdroższe z najdolniejszej! Poniżej pretenzuję jak wygląda... Oto QuiTania!

Ach ten smak... Niby półsłodka, a jednak nieco wytrawna. Niepozorna, a bardzo smaczna. Aż trudno mi uwierzyć, że nie zakwalifikowali jej o półkę wyżej. Na koniec dało się wyczuć lekki aromat siareczki, ale nie zepsuło to wrażenia. QuiTania jest smaczna. I Tania.

Jak tylko nazbieram trochę drobniaków z zamków, fonnatt i spod mostów, to lecę po kolejną.

sobota, 30 lipca 2016

Znalazłem ze Zdzichem Chateł de Carbonara

To był dobry dzień. Udane łowy. Nurkowaliśmy ze Zdzichem za zwrotnymi butelkami w kontenerze, a tu nagle... nie uwierzycie! Dwie pełne! Jeszcze z bardenolą! No dobra, bardenola była trochę zdarta, ale to nie przyćmiło naszej radości. Zdzisiek komisyjnie odpieczętował pierwszą zdobycz. Chateł de Carbonara, rocznik 2015.

2015... to był dopiero rok... aż się łezka kręci nad brodą... Pracowałem jeszcze jako mikołaj, zanim porwali mnie Chińczycy. Popijałem takie specjały w saniach, jak się robiło trochę zimniej. A jak zamarzły to miałem jabłkowe lizaki. Ale... z powrotem do tematu! Zdzich otwiera, a tu nagle... buchnęło tyle bukietów! Aż nie mogłem nadążyć z rozpoznawaniem! Pierwszy uderzył mocz piżmaka, potem sczezła pokrzywa z nutką opuncji, gdzieś tam pomiędzy zaplątała się niedostrzegalna woń portu rybnego w Dźwirzynie... A na koniec prawdziwa bomba, aksamitne, polskie, prawdziwe jabłko przyprószone szczyptą piekielnej siarki. Mmm! Podniebienie konesera nerwowo zadrżało! Nawet nie zauważyliśmy, gdy nasza łapczywa degustacja dobiegła końca.

Przystąpiliśmy więc do drugiego trofeum. Podejrzliwie, bo miało niebieską butelkę. I niemieckie napisy. I matkę boską na etykietce. Zdzich zawyrokował: święcony denaturat! Powąchałem, poczułem coś na kształt wysokiej półki w Lidlu i schowałem całość za pazuchę. Będzie za rok na Światowe Dni Odzieży. Gienia lubi takie dewiancjonalia!